Polowanie na ICE-ki – cz. 2 « OKOKO

*

Po wypadzie na targi Innotrans w Berlinie oraz po przejażdżkach pociągami ICE (zobacz relację), zdecydowaliśmy się pooglądać szybkie pociągi oraz imponującą infrastrukturę linii high speed z zupełnie innej perspektywy – mianowicie dojeżdżając w wybrane miejsca autem. Czemu? Bo z pociągu tego nie widać. Nie widać ani wielkich wiaduktów (te wielkie betonowe konstrukcje są pod jadącym pociągiem), ani pociągów pędzących 250-300 km/h, nie czuć ani nie słychać brzmienia tuneli, kiedy zbliża się szybki pociąg i nie czuć kapitalnych podmuchów po wyjeździe z tunelu. W pociągu tak naprawdę niewiele czuć – oprócz szybko przesuwających się krajobrazów i górek. Tym razem jedziemy w składzie: Ania, Piotr i Robert.

Część pierwsza naszej relacji jest tu: Polowanie na ICE-ki – cz. 1

Ślimaki na wiadukcie

Po całkiem przyjemnym noclegu w hostelu Rotenburg (przypomnę: 26 euro od osoby za 1 osobowy pokój, 23 euro z kartą hostelową: łazienka, bez TV, zakaz palenia) wyruszyliśmy rano z Rotenburga w kierunku wiaduktu Fuldatalbrucke Morschen znajdującego się w pobliżu małej miejscowości Altmorschen. W ogóle ten mega wielki obiekt był genezą pomysłu na taką wycieczkę. Otóż kiedy jechaliśmy przez niego ICE 1 z Berlina do Fuldy przez Kassel, a potem z Fuldy przez Lipsk do Berlina (2008 rok, zobacz relację), pociąg zwolnił tam prawie do zera, co zostało zarejestrowane na filmie i zwróciło naszą uwagę. Żartowaliśmy, że zwolnił specjalnie dla nas, jakby wiedział, że… mamy tam przyjechać, ale samochodem, dla obczajenia całego obiektu z zupełnie nowej perspektywy, czyli z zewnątrz.

[Każde zdjęcie można powiększyć klikając na nie]

Oczywiście wcześniej drogi dojazdowe zostały przeanalizowane przez Piotra „satelitarnie” i wydrukowane, co pomogło nam dojechać najpierw w pobliże końca północnego obiektu. Pierwsze wrażenie było niesamowite (co widać i słychać na filmie Ani :-). Budowla jest imponująca i wygląda, jakbyśmy się znaleźli na innej planecie. Budowa owego mega giganta o długości 1450 metrów i wysokości 75 metrów (to wysokość 20-piętrowego bloku mieszkalnego) trwała przez 4 lata: 1986 – 1989. Jest to bodaj największy obiekt tego typu w Niemczech zabudowany w km 173,8; na linii Hannover – Wurzburg, której długość wynosi 327 km. Linią kursują obecnie pociągi ICE 1, ICE 2, IC, a nocą szybkie towarowe.

Dojazd na północne zbocza wcale nie jest taki łatwy: trzeba dobrze poznać lokalne kręte dojazdówki – na szczęście asfaltowe. Pierwsze ujęcia robimy z rozległego pola, z którego roztacza się fantastyczny wręcz widok zarówno na wiadukt, jak i na pobliskie zalesione górki. Wiadukt jest tak wielki, że 350-metrowej długości pociąg ICE 1 jadący po nim 250 km/h zajmuje ledwie ¼ długości wiaduktu i sprawia wrażenie… ślimaka, no może trochę szybszego :-). Z pewnej odległości – z której pociążek jest mniejszy niż widziany w skali TT – tylko po przesuwie wagonów, mających ponad 26 metrów, wprawne oko pozna z jaką prędkością porusza się skład. Oczywiście składy IC w układzie push-pull – niektóre nawet z Taurusem – jadą tamtędy „tylko” z prędkością 180-200 km/h (co widać na filmie). Reszta, czyli ICE, jedzie 230-250 km/h, w zależności od kierunku. Dlaczego? Dlatego że profil linii dopuszcza spadki do 12,5 promil (dwa razy więcej niż na CMK), co ma wpływ na prędkości jazdy, gdyż moc składów ICE 1 lub 2 x ICE 2 (ok. 8 MW) nie zapewnia przy takich wzniesieniach utrzymania prędkości maksymalnej 250 km/h w każdym miejscu tej trasy.

Entliczek-chodniczek – co na to Icek?

Po kilku ujęciach – urzeczeni widokami i wrażeniami – przemieszczamy się pod południowy portal tunelu Wildsberg rozpoczynającego się ok. 200 metrów od północnego zakończenia wiaduktu. Wyczajamy wjazd do technologicznej zatoczki przy samej linii. Wjeżdżać czy nie? Szlabanik otwarty, zakazów nie ma – żyć nie umierać, więc Piotr wjeżdża wehikułem do zatoczki, parkuje, po czym radośnie wyskakujemy na foty i filmowanko. Ech! Mniód-malina! Tu ustawiamy sprzęty już blisko torów – ok. 3-4 metry – na takim przytorowym chodniczku zmierzającym w stronę portalu tunelu. I z tej odległości pryskają „ślimacze” wrażenia, doznawane przedtem z relatywnie dużej odległości. Tu pociągi zasuwają, aż wszystko się niemal trzęsie, wichura wieje (szczególnie za pociągiem), a krzaki i drzewa tańczą w rytm śmigania ICE-ków, jakby się im kłaniały w podziwie i pokorze. Bo też jest przed czym!

Zastanawiamy się, czy po wypadku z owcami (na tej właśnie linii) nie ma tu jakichś kamer, bo ów technologiczny chodniczek – mimo bezpiecznej odległości od torów – to raczej dla spacerowiczów weekendowych nie jest. Tak czy inaczej nie pchamy się w całkowite pobliże torów – nawet ustawiłem statyw i włączałem kamerę – oddalając się od skrajni na jakieś 8-10 metrów. Mówiąc skrótem: nie narażaliśmy na stres (mam nadzieję) maszynistów, wiedząc także o tym, że jeśli jakiś mechanik nas zgłosi „komu trzeba”, to możemy mieć niedzielno-weekendowe spotkanie ze stróżami prawa. Stosujemy więc żelazną zasadę: „Nie ma wchodzenia na tory”, nawet kiedy nic nie słychać i nie widać, choć czasem kusiło… aby dotknąć szynę haj spidu, popieścić podsypkę, połaskotać kabelek LZB, czyli „kabinówki”, położony na podkładach. Nie wiem czy wierzycie, ale gremialnie nie dotknęliśmy niczego z tych rzeczy – zasada jest zasada, a porządek musi być :-). Fajnie było kiedy jeden ICE znikł w tunelu, jeszcze przez jakiś czas było go słychać, a gdy już dźwięk niemal całkiem się wyciszył, wtedy pojawił się delikatnie narastający nowy szumek tunelowy – kolejny ICE pędził w naszą stronę, tyle że z odwrotnego kierunku. Czad!

Podbudowani tym, że nikt na nas nie nasyła desantu stróżów prawa (bo niby dlaczemu?) podjadamy na parkingu technologicznym jakieś bułki, a tu znienacka push-pull IC zasuwa sobie 200 km/h. Po raz pierwszy w życiu zobaczyłem na żywo pociąg PCHANY lokiem i jadący z V=200 km/h. Wrażenie bezcenne. Ten pierwszy raz, to zawsze zapada na zawsze. Podobnie jak poprzednie wrażenia związane z widzeniem na żywo pociągów jadących z V=250 km/h (Rathenow) oraz V=300 km/h (Limburg Sud).

Pełznące dżdżownice

Nagle zapragnęliśmy zobaczyć wiadukt i pędzące nim pociągi z perspektywy górskiej. Pojechaliśmy wąskimi drogami możliwe najwyżej – na linię lasu, bo wyżej były już jakieś prywatne strefy oznaczone stosownymi tabliczkami, a poza tym las zasłaniający widok samego obiektu. W jednym miejscu odkryliśmy jakby… ławkę widokową postawioną specjalnie dla „podglądaczy” wiaduktu z tej wysokiej perspektywy. Istotnie jest to absolutnie zacne miejsce, a widoki stamtąd kapitalne: pociągi poruszają się po owym kosmicznym obiekcie, widocznym daleko w dolinie między górami, niczym jakieś białe dżdżownice – z prędkością 250 km/h! Z tej odległości wyglądało to, jakby jechały „stówą”, ale to tylko złudzenie. Brzmienie składów przypominało daleki odgłos lecącego samolotu – dzieje się tak najprawdopodobniej z powodu efektu cięcia powietrza przez szybki skład. Co ciekawe prawie taki sam „lotniczy” dźwięk wydaje z siebie skład IC jadący 200 km/h, co daje realną nadzieję, że już niedługo na odcinku CMK przecinającym fragment Jury Krakowsko-Częstochowskiej (zalew Kotowice i górka nad zalewem – kto wie, ten wie) usłyszymy podobny efekt!

Chyba najlepsza była zabawa w: „kto pierwszy usłyszy pociąg”. Wszak albo pojawiał się nagle z kierunku portalu tunelu (od strony Fuldy), po czym wjeżdżał na wiadukt, albo też wyskakiwał spod nas (od strony Kassel) – to znaczy z tunelu znajdującego się głęboko pod nami. Praktycznie przy wyjazdach z tuneli nie słyszeliśmy nic, dopiero po wjeździe na wiadukt dało się słyszeć jakiś cichy dźwięk – jakby właśnie lecącego daleko samolotu – niesamowity efekt. Miejsce absolutnie kapitalne i postanowiliśmy sobie wrócić tu jeszcze kiedyś – choć nie tym razem – na ujęcia wieczorne, kiedy słońce jest od strony zachodniej, co dałoby świetne oświetlenie wiaduktu barwą zachodzącego słońca.

Platforma dla świrów

Piotr odpala maszynę, Ania składa statyw i kierujemy się tym razem… pod wiadukt. Jeszcze po drodze robimy ciekawe ujęćko i widoczek z pewnego kąta (wiadukt się pięknie zawija na lekkim łuku) i już zjeżdżamy wąską górską krętą dróżką, która prowadzi nas na samo dno rozległej doliny. Przejeżdżając pod wiaduktem widzimy, jakie to monstrum – doprawdy godne podziwu dla budowniczych i projektantów. Obczajamy kadry „oddolne”, Ania nawet idzie przywitać się z fajną zieloną podwiaduktową łąką i przytulić 75 metrowej wysokości podporę (czemuż ja tego nie zrobiłem?), po czym obiecujemy sobie wrócić jeszcze na dół, kiedy słońce po południu odpowiednio oświetli tego giganta od „naszej” strony.

Teraz czeka nas kolejne zadanie: dotrzeć do południowego krańca wiaduktu połączonego z wlotem do tunelu Sengeberg. Niby rzecz prosta, ale skany satelitarne okazują się nieaktualne. Otóż mostek nad Fuldą został zerwany przez jakąś zeszłoroczną powódź i jest zwyczajnie nieprzejezdny, co Ania stwierdziła naocznie, gdyż poszła wyczaić mostkową sytuację.

W takim wypadku pozostało nam jechać drogą absolutnie okrężną – razem chyba ok. 15 km – do następnego mostu na Fuldzie w miasteczku Malsfeld. Poruszając się wąskimi podgórskimi drogami docieramy wreszcie pod południowy kraniec wiaduktu (na końcu jest niezła kręta stromizna jak dla samochodu). I uświadamiamy sobie, że warto było: mamy tu szeroki parking technologiczny – wręcz całą platformę widokową na wiadukt, dolinę Fuldy, góry i – z drugiej strony – północny portal tunelu Sengeberg o długości 2807 metrów. Miejsce wydaje się, jakby było stworzone z myślą o gościach odwiedzających ten obiekt i podziwiających wiadukt. Warto przypomnieć, że przez dolinę przechodzi – prócz drogi i rzeki – również dwutorowa zelektryfikowana linia kolejowa Bebra-Kassel, po której co jakiś czas jeżdżą sobie składziki push-pull IC, małe trójczłonowe lokalne Stadlerki i jakieś towarowce.

Zarówno widoki, atmosfera, pogoda, pustka i przestrzeń wprawia nas w kapitalne nastroje: focimy z różnych miejsc, filmujemy, napawamy się widokami i brzmieniem pędzących białych strzał. Na sam wiadukt nie wchodzimy, zresztą widnieje tam jakaś zabraniająca tabliczka. I marzymy sobie… kiedy podobna prędkościowo linia będzie u nas? No, praktycznie już jest – nazywa się CMK, ale jej modernizacja trwa od 93 roku i końca nie widać. W 2012 roku mamy szansę jeździć 90-kilometrowym odcinkiem CMK Zawiercie – Olszamowice z prędkością 200 km/h, resztę tej trasy trzeba jeszcze zmodernizować wraz z obiektami inżynieryjnymi, siecią, podstacjami i stacjami. A jeśli PKP IC kupi szybkie składy zespolone, to za klika lat – po wdrożeniu systemu ETCS-1 na CMK – będzie możliwe pojechanie nawet 220-230 km/h – przy zasilaniu napięciem stałym 3 KV. Jak wiemy – dalszy wariant modernizacji określi wykonywane obecnie Studium Wykonalności – być może będzie to wariant z napięciem zmiennym 25 kV i szybkością 250 km/h lub nawet 300 km/h!

Międzytunelik – jak makieta

Ostatnim etapem naszego dość obfitego – jak na niepełne dwa dni – planu jest miejsce specjalne, które znaleźliśmy, analizując całą linię na mapach satelitarnych Google Earth. Otóż zobaczyliśmy tam zupełnie niezwykłe i chyba jedyne tego typu miejsce, gdzie w leśnej górskiej głuszy kończy się jeden długi tunel, a zaraz dalej – po około zaledwie 60 metrach – zaczyna się drugi długi tunel. Postanowiliśmy jeszcze w Polsce, że musimy tam dotrzeć, bo miejsce jest arcyciekawe. Nie tylko dlatego musimy, że będziemy prawdopodobnie pierwszymi Polakami mieszkającym w Polsce, którzy dotarli w to miejsce (nie licząc jazdy pociągiem), ale zwyczajnie jest to unikalny rarytas w sensie konstrukcji linii KDP.

Zadanie okazało się bodaj najtrudniejszym z dotychczasowych. Nie, nie, nikt nas nie niepokoił, ale dojechać tam wcale nie było łatwo, mimo wydruku szczegółowych map. W pewnym miejscu zablokował nam drogę zamknięty przejazd kolejowy na regionalnej dwutorowej linii kolejowej Bebra-Kassel. Przejazd był chyba bardzo lokalny (prywatny?) i zamknięty na jakieś kłódki, przy czym nie potrafiliśmy odczytać znaczenia treści na zawieszonych przy nim tabliczkach. W każdym razie należało się wrócić do miejscowości Melsungen i jechać inną drogą w kierunku pipidówki nazwanej Schwarzenberg, by – po przejechaniu mieścinki – podjąć kilka prób poszukiwania dojazdu: najpierw polnymi, a potem leśnymi dróżkami. Bez mapowych szczegółowych wydruków mogłoby się kończyć zbłądzeniem i brakiem osiągnięcia celu.

Jednak po w sumie kilkudziesięciominutowym poszukiwaniu dojazdu i – wreszcie – przyjazdu na miejsce w leśnej głuszy, przyznaliśmy że warto było się nieco „uprzeć” na dotarcie tutaj. Wprawdzie kawałeczek linii jest w tym miejscu wygrodzony – co wydaje się wręcz naturalne – ale nad jednym z tuneli (północnym) prowadzi leśna dróżka, która wraz z zabezpieczającą barierką tworzy małą platformę widokową – nic dodać, nic ująć, tylko korzystać :-). Nazwaliśmy to miejsce pieszczotliwie jako „Międzytunelik”. W istocie owa wyrwa w ziemi znajduje się pomiędzy tunelem Kaiserau od strony Fuldy, a tunelem Hainbuch od strony Kassel. Pamiętam, że oglądałem kiedyś taki film na Bahn TV, gdzie pokazano otwarcie tej linii w 1991 roku. I było to dokładnie w tym właśnie miejscu, czyli w 165 kilometrze linii KDP Hannover-Wurzburg!

Tunelówka – lodówka

I właśnie w tym miejscu spędziliśmy dobre dwie godziny, jak nie więcej i najfajniejsza zabawa była pod tytułem: skąd jedzie pociąg, czyli który tunel „gada”, bo w takim układzie – w zależności od położenia naszej bytności – nie zawsze było to oczywiste. Poza tym pociąg jest pociąg i każdy brzmi po swojemu. Inaczej „gada” w tunelu IC ciągnięty przez loka, inaczej pchany, a jeszcze inaczej brzmi ICE. Najbardziej chyba – oprócz zupełnie kapitalnego zjawiska pędu typu „wyskok z dziury i wskok do dziury” – zapamiętałem piękny efekt tzw. „lodówki – tunelówki”. Otóż słońce w tym momencie grzało dość mocno, a po wyjedzie szybkiego składu z tunelu, za pociągiem zasuwało – niczym lokalna wichura – cudowne schłodzone tunelowe powietrze – lepsze niż morska bryza. Kapitalne! To dlatego powtarzam wciąż i wciąż, że wrażeń z haj spidu nie zastąpi żaden internet, żadne HD, żadna plazma, a nawet 3 D. Trzeba to przeżyć i poczuć na żywo.

Czas się zbierać, bo przecież mamy ok. 900 km do domu, czyli Brzegu, a zbliża się godz. 18.00. Jeszcze półgodzinna wizyta na dole pod wielkim wiaduktem i świetne oraz świetlne wrażenia, bo słońce zbliżające się powoli ku zachodowi, klimatycznie oświetlało wiadukt od naszej strony. Pociągi „wyczołgujące się” cichcem gdzieś z tuneli ponad nami, za chwilę śmigające jakby w „przestrzeni międzygwiezdnej”: wysoko w górze, z lekkim buczeniem i poszumkiem. Dosłownie – jakby przelatywały nad nami, doliną, łąką, rzeką, drogą, linią kolejową, drzewami, światem całym. Piękne. Już wiedzieliśmy że tu wrócimy…

Tekst: Robert Wyszyński
Foto: Anna Ostrowska

Film

A na tym filmiku zobaczycie niemieckie hajspidy w pełnej prędkości:
Autor filmu: anoolek (film na YouTube z opisem i komentarzami)