Bajka o Antosiu, co brudnej Helci nie pożądał « OKOKO

Ponad tysiąc lat od czasu, kiedy Mieszko I poślubił Czeszkę Dobrawę – Polki zwykły spozierać coraz łaskawszym okiem na czeskich adoratorów, a czescy adoratorzy – spozierają z lubością na polską płeć zazwyczaj niebrzydką. Wprawdzie dziewki czechosłowackie rozpadły się na słowackie i czeskie, co nie pozostało obojętne na podobny podział płci męskiej i okrutnie dymiącej. Ale nikt chyba nie spodziewał się, że w tysiąc lat po Mieszku Pierwszym powtórna próba skumania płci przeciwnych obu narodów skończy się… taką zadymą. I fiaskiem. A wszystko zaczęło się w Chabówce…

Piękna Helena w Wolsztynie (fot. AO)

Miało być pięknie, a wyszło jak zwykle. Skąd znamy to hasło? Nie, nie z Pekape. O nie! Znamy z Chabówki. Kilka bowiem latek temu nasza zielona Piękna Helena wybrała się na podryw w beskidzkie knieje. Podryw miał być mega i giga, niczym nasz niedawny na Ceemce (Na wydaniu Panna Ładna), a celem stał się niebyle kto, bo sam Zielony Anton obywatelstwa słowackiego. Anton to pospieszny trójcylindrowiec – arystokracja wśród kopciuchów, więc z byle kim i z byle czym zadawać się nie będzie. Wprawdzie barwy teoretycznie zgodne były (ona – zielona i on – zielony), toteż zebrało się w Chabówce onego czasu całe stadko potencjalnych dróżb, świadków, pociotków i kumpli wszelakich: przybyła niejaka Petucha, przyczłapał poczciwy Teigrek, przypełzły Teerki, przyczołgała się nawet kusa Tekatka, a przyglądała się Oelka rodem z Austrii. Ech, co to miał być za ślub. Pardon – najpierw miały być dymiące zaloty, wyjące wzloty, gwiżdżące podrywy, a potem dopiero parujące swaty.

Na początku wszystko wyglądało niby fajnie: polska Helcia kręciła kołami w miejscu, wyła niezwyczajną syreną, sapała zalotnie, grzała się, syczała, furczała i dymiła obficie. Łatwo nie było, bo słowacki oblubieniec znany jest z tego że wokół jego osiek, cylindrów, tłoków, komina i tendra zazwyczaj kręcą się niebylejakie dymne panienki. Anton przyglądał się, posykując niedbale – udając jakby zimnego gada, choć w brzuchu mu aż bulgotało z żaru – widać ochotę na Helcię nabrał zawczasu. Podjechał, posyczał, pobuczał, coraz puszczał parę w cylindry, aż wreszcie również zakręcił koliskami… nie wiadomo czy z zachwytu czy tak sobie – dla jaj. Trochę chyba z kompleksem, bo Helena ma koła większe, za to Anton ma aż cztery, a Hela tylko trzy.

Kręciły się tak koło siebie dwa dni całe i – już, już – Chabówka i cały Beskid chciał światu ogłosić chwalebne polsko-słowackie swaty, kiedy na koniec Anton fuknął jakby zniesmaczony, zagwizdał przeciągle na pożegnanie, nagle ostro huknął parą z komina: odjechał i tyle go widziano. Mówiono potem – i chyba w tym część prawdy była – że Helena jakoby bardzo brudna na zielonym ciele przyjechała, a wytworny lśniący Anton brudnej żony poślubić ani tym bardziej posiąść nie miał zamiaru. Na nic zdało się bliźniacze niemal podobieństwo i tożsama charakterystyka pospieszna. Ze swatów wyszły nici.

Hela posmutniała; ze spuszczonym kominem i oklapniętymi ze sromoty uszami wróciła do Wolsztyna, gdzie – nadal ubrudzona jak nieboskie skaranie – pogrążyła się w smutku, a wkrótce depresji. Potem ją prawie dwa lata – biedną  – naprawiano, tak na zdrowiu i urodzie podupadła. Niedawno jednak wróciła do łask: piękna i błyszcząca świeżutką ciemną oliwką, ale to już inna historia. Albowiem – ku utrapieniu adoratorek – Zielonego Antona (o zgrozo) zaczęto coraz częściej widywać z niebieskim Albatrosem. Czechem w dodatku. Niby nic dziwnego w dobie lansowania równości dla związków płci przeciwnej i takiej samej, ale jednak niektórzy szeptają, że Zielony Anton od dawna miał ciągoty obupłciowe, więc z panienkami wozić się nie musi – woli niebieskiego Albatrosa.

Imć Albatros w istocie robi olbrzymie wrażenie: również chlubi się trzema cylindrami i układem kół bliźniaczym wobec Antona – czasem zwie się ten układ: 2-4-1. Przyznać trzeba że do twarzy im razem, „gejom” kopcąco-dymiącym, co zobaczycie sobie na fotach :-).

***

Albatros

Podwójna trakcja parowozów pospiesznych, to nawet w Czechach nie byle co (w Polsce obecnie fantazja – od czasu „Pirata” w 2002, kiedy z Poznania do Kołobrzegu prowadziły go Petucha i Piękna Helena). Jazda z Opola (autem, bo połączenie pociągiem oferowało ok. dwugodzinne przesiadki w Głuchołazach) była w istocie prosta: im dalej tym bardziej lało, wilgotniało i mgliło – tym bardziej zimno było. W planie miałem podjechać naprzeciw pociągowi, który jechał z Ołomuńca do Krnova. Gdzieś tak za Bruntal, aby zrobić mu choć ze dwa lub trzy ujęcia filmowe, a potem spokojnie wrócić do Krnova, zobaczyć szopę i nawadnianie obu parowych smoków: Albatrosa i Zielonego Antona właśnie. Po czym znów nieco pogonić skład – do Detrichova nad Bystrici, bo do tej miejscowości główna droga idzie  niejako równolegle do linii, a potem już linia ołomuniecka odchodzi znacznie w bok – w nieznane mi góry.

To ta impreza: Albatros i Zielony Anton w Czeskim Krnovie

Jadę sobie, jadę; Głogówek, Głubczyce i Krnov przejechałem, po czym dojechałem do jakże urokliwej podgórskiej stacyjki zwanej Milotice nad Opavou, gdzie od głównej drogi dojeżdża się bardzo wąską serpentynką (wiwat Google Earth!). Na stacyjnym wjeździe, na kolejowym  przejeździe, spotykam dwa inne auta i dwa czerwone migające światła – czekamy na pociąg, który za chwilę jedzie (trójczłonowy zestaw motorowy do Bruntala). Po czym – tuż za nim torem niemal równoległym – wyrusza prywatny motoraczek do Vrbna pod Pradedem, trabiąc na nas jak opętany, bo ten leśny podwójny przejazd w istocie jest bardzo niebezpieczny. Dojeżdżam w końcu do stacyjki, ale… pusto jakoś… Dziwne jak na Czechy, gdzie każdy tego typu pociąg zazwyczaj goni cała chmara aut ze „świrami” uzbrojonymi w aparaty i kamery. To mnie nieco niepokoi – czyżby pogoda wszystkich wystraszyła… nie wierzę…

Zielony Anton

Mój czeski jest bardzo „biegły”, bo polega na jako takim  pojmowaniu słowa „vlaki”, „vlacek” i temu pochodne. Pytam więc spotkanego pana „czy parni vlak jede?” A pan mi na to, że „nie jede”, bo… i coś tam, coś tam obficie tłumaczy. W każdym razie zrozumiałem tyle, że do Krnova nie dojedzie i stoi w Valsovie przed Bruntalem. Podziękowałem uprzejmie. „Może się zepsuł” – myślę sobie. „Może tory podmyło” – wszak to góry i niezła ulewa? Dobrze że trochę kumałem o co chodzi i w ogóle co to za miejscowość (w istocie wioska podgórska o liczbie ok. 250 mieszkańców). Deszcz leje jak dziki, ciągłym górskim mokrym sikiem, szyby – mimo nawiewu na maksa – parują, a pociągu nie ma! To na cholerę tu jechałem? Zapowiada się, że jeszcze nie tylko mogę zacnych parówek nie zobaczyć, ale także nie zrobić żadnych fot czy ujęć filmowych, nie mówiąc o dużym ryzyku zamoknięcia sprzętu (kamerka jest na kasety cyfrowe). Zaczyna mi się jako żywo przypominać scena Cezarego Pazury z budką telefoniczną z filmu: „Nic śmiesznego”. Tylko wilka brak…

W Bruntalu zbaczam na dworzec w celu obczajenia sytuacji: pociągi stoją i dalej nie jadą. Za to budynek dworca odnowiony na cycuś-glancuś, a drzwi… same się automatycznie otwierają przed podróżnym. No, kurcze, czad! Jednak niczego nie focę – nie ma w tej chwili czasu – tylko zmykam do auta, aby mi parowozy nie uciekły, zanim je w końcu dopadnę. Za Bruntalem na głównej drodze zatrzymuje mnie (i innych) młody policjant moknący obficie na służbie i środku drogi. Uprzejmie tłumaczy – widząc obcego – że jest objazd i dokładnie mówi jak mam jechać, powtarza trzy razy, aż zrozumiałem (i powtórzyłem). Nie widzę żadnych znaków o drogowym objeździe, a więc to bardzo świeża sprawa… Myślę sobie: widocznie ta sama „sprawa”, która spowodowała nieprzejezdność linii kolejowej. Nic nie wiem jeszcze o wypadku na przejeździe.

Do dworca w Valsovie dojeżdżam na czuja i nawet się udaje (trzeba od głównej drogi zjechać ostro w prawo i ostro w górę). A tam na przydworcowym parkingu najmniej ze 40 aut, co w takiej „dziurze”: jest absolutnie niezwyczajne! Szybko wyjaśnia się przyczyna tego zlotu. Widok stojącego Albatrosa i Zielonego Antona z 8 wagonowym składem wynagradza cały trud i zwątpienie – od tej pory „zatrybiam świra” i nastrój zdecydowanie mi się poprawia!

Na stacji sporo focących, filmujących i zwyczajnie miejscowych, dla których przybycie i postój takiego składu to sensacja. Reszta pasażerów czeka sobie grzecznie w pociągu na powrót, który ma się odbyć zgodnie z planem (czyli czasem odjazdu, jakby pociąg wracał z Krnova). Niemal wszyscy z parasolami – ja bez. Czasu sporo, więc łażę, focę i filmuję. Wilgotność jest taka, że w pewnym momencie kamera zaczyna mi świrować i mam poważne obawy o sprzęt (chowam więc pod kurtkę). Nieco lepiej jest z aparatem, bo to cyfrowiec bez części ruchomych (prócz obiektywu), ale praktycznie po każdym ujęciu muszę wycierać oba sprzęty papierowymi chusteczkami, bo zwyczajnie ociekają kroplami wody. Po jakimś czasie postanawiam obczaić autem kawałek trasy w kierunku Ołomuńca, aby potem zrobić choćby dwa ujęcia pociągu na biegu – ściślej: ruszającego z Valsova, a potem startującego z Detrichova nad Bystrici. Co się bardzo przydało, bo – mając wstępnie obeznaną trasę – spokojnie zdążyłem na drugie ujęcie. Dalej nie jechałem, bo nie znałem dobrze drogi. Lepsze dwa ujęcia z jazdy niż nic! Te dwa ujęcia zresztą – plus niezłe jak na warunki foty – wynagrodziły wszystko. Resztę wrażeń macie na zdjęciach i filmowych linkach – w tym fajne wnętrze stacyjki, na której (jak niegdyś w Polsce) są także tabelaryczne rozkłady jazdy na obracanych bębnach. Jest kasa, mała poczekalnia, toaleta, jest dyżurny ruchu i nastawnia – to wszystko w miejscowości o liczbie 250 mieszkańców.

Dopiero przy powrocie okazuje się, że między Valsovem a Bruntalem nie ma już objazdu dla aut i… wtedy zobaczyłem przyczynę niedojechania pociągu do Krnova. Wypadek: pociąg pasażerski wjechał w samochód ciężarowy, który – lekceważąc sygnalizację – wtarabanił się na przejazd. Wyglądało to źle, bardzo źle: dwa wywalone wagony, rozczłonkowana ciężarówka, zgnieciona kabina maszynisty. Nie miałem siły, ani ochoty tego fotografować… Wrażenie na żywo jest zupełnie inne, niż na jakichkolwiek zdjęciach czy filmach, wierzcie mi. Dopiero po powrocie do Opola dowiaduję się że na szczęście nikt nie zginął i jest „tylko” kilku rannych. Przypadek? Podobno nie ma czegoś takiego. Ten parowy pociąg widocznie 26 września 2010 roku nie miał dojechać do Krnova – tak mu chyba było pisane…

Dodatki

Pokaż Albatros i Zielony Anton na większej mapie

Albatros:

Albatros niebieski (ten czeski :-) niżej – na filmach.

Miłośnikom pospiesznych parówek nie radzę oglądać tego filmiku (można popaść w zazdrosną deprechę!):

W dodatku na ujęciu widać pracę trzeciego silnika parowego napędzającego drugą oś, a to można zrobić jedynie z wysokości okna pociągu – no siwy dym po prostu!

Co prawda to nie z powyższej jazdy, ale wyglądało podobnie:

A na koniec NAGRODA dla wytrwałych: montaż ujęć z opisanego przejazdu Ołomuniec Valsov (Krnov) zrobiony przez kogoś, kto miał przyjemność gonić ten pociąg autem od Ołomuńca – na końcu filmu kadry ze stacji Valsov, gdzie znakomicie widać – szczególnie na zbliżeniach – z czym przyszło się zmagać filmującym, focącym, w tym mnie :-).  Dodam że tak właśnie lało cały cudny czas. Dzięki Ci dobry nieznajomy człowieku za włożeniu tego kapitalnego filmu do netu!!!

Tekst i foto: Robert Wyszyński

Galeria zdjęć